top of page
Szukaj
  • P

Ek… ek… ek…


Pamiętam jak na pogrzebie mojego ukochanego dziadka chciałam zaśpiewać jego radosną piosenkę ek… ek… ek… niech żyje nam Władek. I gdy tylko pan skrzypek zakończył swoje piękne acz nostalgiczne zawodzenie, euforycznie wyskoczyłam (niczym Archimedes odkrywający swoje prawo) z pomysłem piosenki dla dziadka. Nie otrzymałam jednak owacji na stojąco, a jedynie karcące spojrzenie mamy, proszącej o godne tej ceremonii, zamartwianie się.


Dziś, po wielu latach czuję, że tamten pomysł wypływał głęboko z mojego serca, z mojej miłości do dziadka i z przekonania, że jest coś więcej… że my tak naprawdę nie umieramy i że życie trwa wiecznie… I to właśnie zawierało się w tym niech żyje.


A jeśli śmierć to tylko przejście do innej formy życia? I jedyne, co się zmienia, to ciało… lub że nagle jego brak? My zaś jesteśmy i pozostajemy niezmienni, wieczni, nieskończeni, nieograniczeni. Jak energia, która jest. I gdybyśmy tak patrzyli na każde gasnące życie? Że ono wcale nie gaśnie. Że ono po prostu jest. A my zawsze jesteśmy, nawet gdy nas już nie ma. Czy celebracja odejścia nie byłaby wtedy piękniejsza, lżejsza i radośniejsza? Gdybyśmy czuli i wiedzieli, że jesteśmy zawsze. Wiecznie. Nieodwołalnie.

Iskra, boska cząstka naszej duszy żyje wiecznie

I nuci niekończące się ek… ek… ek… niech żyje nam…


PS. To miał być wpis na początek listopada, jednak ‚przyszedł’ do mnie dzisiaj. Cóż, widocznie we Wszechświecie inaczej patrzą na czas. Biorąc pod uwagę, że życie jest wieczne, to na pewno! 😉

0 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Comments


bottom of page